Biały kruk – część 2
Zapraszamy do lektury drugiej części innosferowej powieści w odcinkach!
Jeznach wyskoczył z kwatery głównej jak petarda. W lewej ręce trzymał wyciągniętą szablę, w prawej gniótł błękitny krawat.
- Gdzie jest Olejarz jak jej potrzebuję? – wrzasnął do przebiegającego kaprala. Żołnierz stanął w miejscu jak słup soli.
- Co się tak gapicie żołnierzu? – wrzeszczał dalej Jeznach – Pytam się gdzie jest porucznik Olejarz?
- Panie komendancie, melduję że razem z plutonami kaprala Łobody i sierżanta Filipa transportują paliwo do rakiety.
- Dawaj to – wyszarpnął z dłoni kaprala długofalówkę – Tu Jeznach, zgłaszać się, stanowiska.
Przez moment słychać było radiowy szum przerywany daleką kanonadą dział.
- Zgłasza się Olejarz komendancie…
- Widzieliście gdzieś Moroza? – chwila ciszy
- Melduję, że nie ma
- Dawaj tutaj pluton Olejarz, trzeba popaprańca znaleźć…
- Ale komendancie paliwo….
- Do diaska z paliwem, bez Moroza nigdzie nie polecimy…- kolejny meldunek przerwał komendantowi w pół słowa.
- Tu kapitan Biela, panie komendancie widziałam Moroza na Piłsudskiego.
- Gdzie jesteście?
- Zmiatamy żółtków z Krajowej, ale przytaczają właśnie beczki .
- Wycofać się i dorwać Moroza, w try migi..
- Ale panie komendancie, co z Krajowej… – zaprotestowała kapitan.
- Stracone, Moroz najważniejszy.
- Tak jest.
Twardak z połową oddziału szedł z przodu. Moroz i reszta pięć metrów za nimi. W dworcowej hali było pusto i cicho. Kopuła siłowa chroniła węzeł kolejowy przed ostrzałem.
- Gdzie są wszyscy – spytał Moroz jak tylko zatrzymali się w tunelu prowadzącym na perony.
- Też się zastanawiamy – wzruszył ramionami Twardak – powinny tu być resztki naszej kawalerii.
- To co robimy?
- Chodźmy torami, tam nas ochroni kopuła przez jakieś 2 kilometry – pokazał w stronę peronów policjant.
- Pańscy ludzie mają szable? – spytał inżynier.
- Dwa noże i bagnet to wszystko co mamy panie Moroz.
- W takim razie módl się pan, żeby Chińczycy mieli ze sobą jeszcze mniej.
Wskazówka paliwa niebezpiecznie drżała koło końca skali. Kapitan Biela cisnęła gaz do dechy. W małej ciężarówce rzucało na lewo i prawo. Dziesięciu żołnierzy trzymało się wszystkiego co popadnie, żeby tylko nie wypaść z pojazdu. Kapitan słynęła z szalonych manewrów i jazdy po pijaku.
- Smerf, smerf zgłoś się, tu wiewióra, odbiór, zgłoś się, halo, smerf.
- Nie słyszysz że wojna, głupia wiewióro, jadę z misją do komendanta – wrzasnęła do małego podziurawionego pociskami radyjka. Nieśmiertelny produkt firmy Unitra funkcjonował bez zarzutu.
- Co….. – w pobliski dom trafiła chińska głowica zapalająca skutecznie zagłuszając wszystko co miał do powiedzenia wiewióra – ….tu zginiemy bez ciebie.
- Nie mogę wiewióra…. – wrzasnęła do radia Biela.
- Przełamują umocnienia na Kochanowskiego, potrzebujemy CKMów, już , zaraz…
