Biały kruk – część 3

Zapraszamy do przeczytania kolejnej części innosferowej powieści „Biały Kruk”

Poprzednie części dostępne są tutaj:

część 1

część 2

Rozdział 3

Lśniący dziób gigantycznej rakiety celował prosto w ciemnie niebo. Potężne metalowe wsporniki wielkości czteropoziomowych kamienic osłaniały cielsko potwora. Do rakiety nieustannie wjeżdżały ciężarówki i samochody wwożąc ludzi i materiały. Jeznach zamyślił się zapatrzony w to cudo nowoczesnej techniki. Setki, tysiące ton prawie niezniszczalnej plastali miały zapewnić Wrocławianom przyszłość wśród gwiazd. Niestety Warszawiacy spóźnili się z kluczem startowym. Bez niego podróż była niemożliwa. – Biela raport, natychmiast – warknął do długofalówki komendant. Radio milczało, kapitan nie odpowiadała. – Kościewicz, wezwijcie pilota – blondyneczka wyraźnie zbladła słysząc słowa komendanta – Ale panie dowódco – wojskowy dryg wciąż sprawiał jej problemy – przecież bez niego nie polecimy – Bez niego, bez klucza startowego i bez durnego inżyniera który potrafi ten statek uruchomić – zdenerwował się Jeznach – co za różnica czy stracę ich wszystkich, czy jednego z nich. Dawaj mi go tutaj natychmiast. Wsadzimy go w helikopter i znajdziemy Moroza. Kolejne głowice termojądrowe rozbiły się na skruszałej skorupie siłowej kopuły osłaniającej statek kosmiczny. Silniki wielkości sporych boisk powoli rozgrzewały się. Cielsko rakiety zajmowało teren całego Psiego Pola. Z południa nadchodzili niestrudzeni Chińczycy.

* * *

Szli torami ponad pół godziny. Powoli zbliżali się do stacji Brochów. Wokół płonęły kolejowe składy. Tuż  przydworcu natknęli się na martwego kawalerzystę. Błękitny mundur cały był upstrzony brunatnymi plamami. Twardak nachylił się nad martwym żołnierzem. – Dwa cięcia przez pierś, fachowa robota – ocenił dokonania chińskiego żołdaka – Nie ma czasu panie inspektorze – ponaglił Twardaka Moroz – musimy znaleźć pociąg z Warszawy – Szszszszszsz – uciszył inżyniera policjant – słyszy to pan? Zza kolejowej salonki dochodziły męskie głosy. – To Chińczycy – wrzasnął jeden z oddziału Twardaka. Nastała chwila ciszy, polscy żołnierze wyszarpnęli noże i bagnet. Reszta chwyciła mocniej karabiny gotowa do walki wręcz. Zza wagonu wybiegli skośnoocy napastnicy Mieli na sobie nowoczesne kevlarowe zbroje, a w dłoniach dzierżyli długie, ni to miecze ni to włócznie. Moroz nie wahał się ani sekundy. – W nogi, to cesarskie smoki!

* * *

Nigdy nieukończona obwodnica na styku z Krakowską straszyła betonowymi kłami. Na estakadzie stał rozkraczony chiński czołg. – Jak on tu wjechał – wrzasnął jeden z żołnierzy – Pewnie jeden z naszych wsadził mu rakietę pod spódnicę – palnęła kapitan Biela. Żołnierze wybuchnęli śmiechem. Z estakady roztaczał się widok na płonące miasto i ogromną rakietę sterczącą zza rzeki. Kapitan nie miała jednak czasu na podziwianie widoków. Skręciła gwałtownie w stronę opolskiej. Raz po raz koło fiata zahaczało o ciało martwego z bojowników. – Trzymaj się do diaska wiewióra! – cedziła przez zęby. Nagle coś strzeliło w oponie pojazdu. Biela próbowała jeszcze opanować pędzący samochód, ale było za późno. Z przerażającym łoskotem auto wyleciało jak z procy przez przerdzewiałą barierkę estakady.

Dodaj odpowiedź